KAŻDA MAMA JEST SUPER

Matki samotne, skazane na samodzielne wychowywanie dzieci, ale też te wychowujące je samodzielnie z własnego wyboru. Mamy, które dzielnie z trudem łączą życie zawodowe z prywatnym i te które świetnie sobie z tym radzą. Każda z tych matek, bez względu na stan cywilny i jakość życia, chce dobra swojego dziecka i jest w tym skuteczna jak lew na polowaniu.

 

Obecnie przebywam na urlopie macierzyńskim, ale jeszcze w zeszłym roku byłam jedną z setek tysięcy mam ogarniających pracę, dom, rodzinę i dzieci. Przynajmniej starającą się to ogarniać. Teraz robię dokładnie to samo, ale już bez presji związanej z chodzeniem do pracy. Przy pierwszej córce powrót do życia zawodowego i praca na pełen etat w korpo świecie były cholernie trudnym zabiegiem. Pierwsze rozstania wiązały się z hektolitrami wylanych przeze mnie łez. Było po prostu trudno. W wieku 15 miesięcy Alicja zaczęła uczęszczać do żłobka i z perspektywy czasu uznaję to za jedną z najlepszych decyzji. Jednak wtedy moje serce każdego poranka łamało się na pół, by po 8 godzinach pracy ponownie móc stworzyć całość.

 

Początki zawsze są trudne, ale człowiek prędzej czy później się przyzwyczaja.

 

System żłobkowy po odchorowaniu pierwszego roku (co chyba wśród dzieci jest nieuniknioną normą) został sprawdzony i zaakceptowany. Przez obie strony.  Oczywiście kulisy są takie, że odprawianie tak małego dziecka do żłobka połączone z dotarciem do pracy na godzinę 8:00, to kolejny punkt do wykonania tylko przez SuperHero. Trudny jest sam fakt wybudzenia dziecka (zwłaszcza zimą, kiedy nic tylko ciemność widzę) i to nie jest byle jaka pobudka, bo musi bardzo wczesna. W końcu o 8:00 trzeba być już w pracy, a po drodze jeszcze jest kilka punków do realizacji takich jak wybranie ubrania (najlepiej czystego, niepodartego i pasującego, ale też takiego, które będzie się PODOBAĆ), przygotowanie śniadania, uczesanie włosów (z chłopcami tutaj pewnie jest mniejszy problem), załatwienie porannej toalety, a zimą dodatkowo założenie całej sterty puchowych ciuchów wierzchnich i akcesoriów. Po wykonaniu wszystkiego co niemożliwe, po godzinie porannego spinania się – można wyjść. Trzeba jeszcze dojechać do żłobka, rozebrać dziecko z tych wszystkich gadżetów, które pieczołowicie pół godziny wcześniej były ubierane i pożegnać się, a potem z wywalonym jęzorem i spoconym czołem o 8:00 można wbiec do pracy . Punktualnie. Dzięki temu poranny trening jest tak jakby wykonany.

 

Rzeczy ważne i rzeczy ważniejsze.

Po powrocie do aktywności zawodowej pierwsze tygodnie upływały mi głównie na myśleniu o tym, co aktualnie dzieje się z moim dzieckiem. Kiedy jednak przekonałam się, że ze żłobkiem da się żyć, ledwo się obejrzałam i przyszło nam się z nim rozstać. Mój procesor nastawiony był już na wytężoną pracę, robiłam dużo, a nawet bardzo dużo. Godziłam pracę nadliczbową z wychowaniem dziecka w sposób jak najmniej inwazyjny. Uczęszczanie do przedszkola szybko przeszło do porządku dziennego i nie było już tyle rozczulania. Zwłaszcza, że wszystkie poranne czynności i obowiązki opisane w poprzednim akapicie przejął ode mnie SuperTata. Dzięki temu poranki upływały mi zdecydowanie spokojniej. Niestety zaangażowanie zawodowe wiązało się z tym, że Alicję praktycznie codziennie odbierałam jako jedną z ostatnich ok. godziny 17. Zawsze mnie to zastanawiało, jak to jest możliwe? Pracuję przecież tak blisko, staram się wychodzić z pracy punktualnie, by móc pobiec jak najszybciej do przedszkola, a tu już pustki. Ala nie była zachwycona. Trudno jej się dziwić, w końcu wszystko ma swoje granice. Jednak i tu przyzwyczailiśmy się. Życie zawodowe kwitło, a rodzinnych obowiązków też jakoś specjalnie nie ubywało.

 

Mama poradzi sobie zawsze i wszędzie.

 

Po czterech latach takiej gonitwy czasowej, zaczęłam tracić siły, zaczęłam się wypalać. W weekendy nie udawało się nadrobić godzin straconych w tygodniu. I wtedy zaszłam w kolejną ciążę. Dzięki temu Alusia zaczęła być odbierana z przedszkola jako jedna z pierwszych i doszłam do wniosku, że w naturze naprawdę wszystko się jakoś wyrównuje. Moje akumulatory powoli ładują się do biznesowego galopu, jednak zanim to nastąpi przede mną jeszcze kilka pięknych miesięcy, które zamierzam kontemplować w błogostanie dnia codziennego. Z nieprzespanymi nocami, codziennymi domowymi obiadkami, porządkami w domu i zmienianiem pieluch – tak mi dobrze. Tu i teraz. Niczego bym nie zmieniła i niczego nie żałuję. Na wszystko przyjdzie czas.

 

Puenta jest bardzo prosta – każda matka zrobi dla swojego dziecka absolutnie wszystko co najlepsze, choć wychowanie to szczęście i trud zarazem. Jednak wszystkie matki, żyjące skromie i te w opcji high life; te z gorszego i lepszego sortu; wszystkie sobie z tym wychowaniem poradzą, bo  przyświeca temu jeden cel : dziecko. Nie ma znaczenia jakie to dziecko i ile jeszcze matka będzie musiała dźwigać na swoich barkach dodatkowych obowiązków. Ona zawsze da radę. I kto mi teraz powie, że kobiety to słaba płeć?

Przeczytaj też

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz