Trudne początki macierzyństwa. Opowieść w dwóch aktach. Akt 1.

Przy pierwszym rozwiązaniu nie było łatwo, w zasadzie było strasznie ciężko i to wcale nie z powodu nowego dziecka w rodzinie.

Pierwsza moja ciąża 6 lat temu przebiegała sprawnie, można by rzec – wzorowo. Do czasu kiedy to pewnej kwietniowej nocy (byłam wtedy w 7 miesiącu ciąży), obudziłam z okropnym bólem w klatce piersiowej, przeszywającym na wylot i promieniującym na całe plecy.  Bólem tak strasznym, że uniemożliwiał mi oddychanie. Pamiętam, że nie mogłam znaleźć dla siebie pozycji. Wszystko sprawiało ból. Siedzenie, stanie i leżenie. Sprawa była poważna, w końcu nie chodziło tylko o moje zdrowie, ale również dziecka, które w sobie nosiłam (nie chcieliśmy znać płci ale podświadomość mówiła nam że to chłopiec, na dodatek Leon! ). Przyjechała karetka i zabrała mnie na jakże przyjemny i przyjazny pacjentowi SOR. Tam pobrali mi krew, podali tlen i zrobili wszystkie rutynowe badania, a ponieważ nie miałam krwawiącego/potłuczonego nosa, tudzież połamanych kości jak większość przyjeżdżających tam „pacjentów” (średnio trzeźwych swoją drogą), to zapewne dla lekarzy był znak, że nic poważnego mi się nie dzieje. Co zresztą w kilku mniej udanych żartach sugerowali. Razem z mężem przeczekaliśmy tam do godziny 5 nad ranem. Muszę przyznać, że drewniane, stare i wbijające się w tyłek krzesełka nie były szczytem luksusu dla ciężarnej, ale kto by się tym przejmował. Swoje odsiedzieć musisz. Po tej niesamowicie komfortowej inaczej nocy, dostałam kartę informacyjną z której to mogłam dowiedzieć się, że nic mi nie jest. Jestem zdrowa, mogę iść do domu, adios. Profilaktycznie zalecili wizytę u kardiologa. Niestety tego nie udało mi się już odwiedzić …

Pływać możesz mówili, aktywność to zdrowie mówili… coś jednak nie zaiskrzyło.

W kilka dni po tym niemiłym incydencie, zaczęłam słyszeć w lewym uchu bicie swojego serca. Takie dziwne i nietypowe uczucie, bardzo nieprzyjemne i intensywne pulsowanie. Na początku nie łączyłam tych faktów, ale później wszystko okazało się być ważne i istotne. Trwało to kilka dni, w miedzy czasie na szkole rodzenia zostaliśmy zachęceni do aktywności sportowej (takiej na jaką może pozwolić sobie kobieta w ciąży), przede wszystkim do basenu. Z racji tego, że woda to zdecydowanie mój żywioł, poszliśmy popływać. Jednak na basenie z minuty na minutę zaczęłam się czuć coraz gorzej. Nagle w wodzie dostałam dreszczy, bólu głowy i trzęsłam się z zimna. Na dodatek (jak wtedy myślałam) wlała mi się woda do ucha, która za cholerę nie chciała wypłynąć. Ze względu na brzuch, darowałam sobie skakanie na jednej nodze – stwierdziłam, że w końcu sama wyleci! Nie wiedziałam o co chodzi, wiec na wszelki wypadek pojechaliśmy do domu.  Szybko okazało się, że z trudem stoję i chodzę. Po prostu permanentnie wirował mi obraz. Postanowiłam iść spać.

Houston, mamy problem.

Nad ranem okazało się, że sytuacja z uchem się nie poprawiła. Woda nie wyleciała, ale cóż… nie mogła wylecieć, bo to wcale nie była woda, tylko błędnik, który wyłączył swoją funkcję. Przez to nie trzymałam równowagi, a każda pionizacja niosła za sobą ryzyko przewrócenia się.

W jednej chwili do głowy przyszła mi scena z filmu „Duchy Goi”, który oglądałam kilka dni wcześniej. Scena, w której Goya traci słuch. Szybko próbowałam tę myśl od siebie odgonić, ale jakże celna okazała się sugestia mojej podświadomości! Nie mówiłam o swoich przypuszczeniach mężowi. Łudząc się jeszcze, że krople do uszu pomogą, czekałam na jego powrót z pracy. Potem od razu pojechaliśmy do laryngologa, przypominam – z brzuchem w 33 tygodniu ciąży. Pani doktor zbadała mnie i w jej spojrzeniu dostrzegłam przerażenie, które niestety udzieliło się również mi. Znów te „Duchy Goi”! Kazała nam pilnie jechać na ostry dyżur. Tak więc, parę minut później byliśmy w szpitalu po prawej stronie Wisły, uznawanym za jeden z bardziej fachowych, a tam… kolejne drewniane krzesełka i tłum ludzi. Gdzieś to już widziałam… Kochany SOR. Nie pomogły prośby męża i informowanie pań z recepcji o tym, że jestem w zaawansowanej ciąży, że tracę słuch, że trudno mi siedzieć. „Proszę czekać, wyjdzie pielęgniarka”. Problem w tym, że czekaliśmy tak 6 godzin i ona nie wyszła. Moje wyczerpanie tymi przykrymi doświadczeniami zwyciężyło i wróciliśmy do domu. Wmawiałam sobie, że jest lepiej, bo przecież nie można tak z dnia na dzień stracić słuchu skoro jeszcze wczoraj był zupełnie sprawny! To na pewno nie jest możliwe! I znów zasnęłam.

Czas działał zdecydowanie na moją niekorzyść.

Była sobota, a moje samopoczucie było coraz gorsze, tak więc pojechaliśmy do kolejnego szpitala. Tam rutynowo zostałam zbadana, a pani laryngolog rozłożyła ręce twierdząc, że skoro jestem w ciąży to nic zrobić się nie da. Podobno jakieś tabletki mogłaby przepisać, ale ona to w sumie nie wie, a najlepiej będzie jak już wyjdę, bo problem był zbyt skomplikowany, by można było wytężyć szare komórki i człowiekowi pomóc. Dostaliśmy sugestię, aby skonsultować się z ginekologiem. Ruszyliśmy do szpitala położniczego. Tam przyjął mnie doktor równie niewyraźny co moje samopoczucie. Wczorajszy, tak to się mówi, albo nieświeży. Na szczęście z dzieckiem wszystko było w porządku, nie mniej jednak usłyszałam zarzut, iż symuluję, by dostać się do szpitala i mieć zaklepaną miejscówkę! To nie z nimi takie numery! Ah, te kobiety w ciąży, takie kreatywne! Czego one nie wymyślą. Na koniec z dozą niepewności powiedziałam, że gorzej słyszę czy spotykał się z takimi przypadkami, co ja mam dalej robić. Konkluzja była prosta : nic, samo przejdzie. Serio, to wydarzyło się naprawdę…

Niestety, w niedzielę nie dość, że już prawie nie słyszałam, to jeszcze doszły do tego zawroty głowy i wymioty. Błędnik zupełnie nie pracował. Oczywiście takie sytuacje zawsze zdarzają się w weekendy, a jakże by inaczej, czyli wtedy, kiedy trudno o jakąkolwiek diagnozę.  Rzygałam dalej niż widziałam, zawroty głowy miałam na siedząco, stojąco, a nawet na leżąco.

Kiedy więc czwartego dnia rano zgłosiliśmy się ponownie do tego samego szpitala w którym zarzucano mi symulację, personel był lekko powiedziawszy: zaniepokojony. To wtedy padły pierwsze słowa o chorobie Meniera. Z racji tego, że nie mieli tam odpowiedniej opieki specjalistów zarezerwowali dla mnie miejsce w innym szpitalu i tam rzeczywiście od razu po przybyciu zaopiekowano się mną… Nie to żeby od razu skończyły się moje problemy, ale o tym w akcie 2.

CDN.

Przeczytaj też

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz