Trudne początki macierzyństwa. Opowieść w dwóch aktach. Akt 2.

Chcesz czy nie chcesz czasu nie cofniesz.

W nowym miejscu czekała już na mnie seria leków, seria badań, począwszy od rezonansu przez badania słuchu, na KTG każdego dnia skończywszy. Nie zapominajcie, że w tej całej historii oprócz stresu związanego z uchem, oczekiwałam dziecka. Sytuacja była kiepska, potwierdził się niedosłuch odbiorczy ucha lewego i choć niektórzy sugerowali, że słuch może jeszcze wrócić, to z dnia na dzień traciłam nadzieję. Na patologii ciąży spędziłam tydzień. W ostatnich dniach pobytu na obchodzie doktor zagadnęła mnie: „ma pani skurcze, nie czuje ich pani?”. Tak wykazało KTG, a ja ich kompletnie nie czułam. Dostałam kolejne leki, tym razem na te skurcze. Kiedy już przestałam wymiotować, a ograniczone przez ciążę pomysły na diagnozę wyczerpały się, zostałam odesłana do domu z pakietem tabletek. Przez tydzień leżałam w domu bez nadziei na poprawę samopoczucia. W głowie wirowało nie gorzej niż po dobrej imprezie. Różnica była tylko taka, że tym razem nic nie piłam. Po tygodniu wegetacji wyglądałam jak zwiędłe warzywo, a przygody dopiero miały się zacząć!

3,2,1 akcja! Moja bliźniacza druga połówka.

28 maja były moje urodziny, świętowałam bardzo skromnie, w piżamie i szlafroku. Z trudem wstałam do stołu na tort w gronie najbliższych. Tort mimo, że z pysznej cukierni, jakoś nie smakował. Na urodziny dostałam nowa pralkę o której marzyłam – taką maxx for kids :-). W nocy z 28 na 29 czułam się dziwnie, nie mogłam spać. Spojrzałam na zegarek, była 3:15, a ja nie mogłam zmrużyć oka. Co ciekawe, mój mąż też nie, tak więc pogadaliśmy sobie kilka godzin. Nad ranem oglądaliśmy sobie z Młodym „Gumisie”, na wypasie w łóżeczku jak to ostatnimi czasy bywało. Nagle, zaniepokojona wstałam i stwierdziłam, że albo nie trzymam moczu albo to JUŻ! Ale jak to już?! Przecież mamy jeszcze miesiąc! Termin był na czerwiec! A torba do szpitala? A ubranka ? Matko ubranka ! Nic nie było uprane, wyprasowane, spakowane! Po prostu totalnie nic nie było gotowe! Tymczasem wody odchodziły. W pośpiechu wzięłam potrzebne dokumenty i podstawowe rzeczy, Wiktor zainaugurował pierwsze pranie w pralce  i pojechaliśmy na porodówkę :-). Znów ta znana i odwiedzana już dwukrotnie izba przyjęć, a tam tym razem … stos papierów, a jakże! I przypomnij tu sobie choroby rodzinne z czwartego pokolenia w takim momencie! Ponieważ rozwarcie miało 10 cm, nie było za bardzo na co czekać. Był tylko jeden problem… miałam okropne problemy z głową. Praktycznie cały czas leżałam, a to wszystko przez błędnik. I przez jego dysfunkcję właśnie, podjęta została decyzja o cesarce. Po 3 h była już z nami na świecie nasza córeczka Alicja 🙂 tak właśnie – córeczka, a nie chłopiec jak sądziliśmy :-). Tak oto dostałam najpiękniejszy z możliwych prezent urodzinowy 🙂 Zodiakalny bliźniak i moja lepsza druga połowa była już ze mną. Na chwilę ogarnął mnie spokój. Na krótką chwilę…

Jak żyć?

Na sali pooperacyjnej czułam się jak wrak człowieka. Nie miałam siły na nic, na dodatek znieczulenie jakoś szybko puściło i zaczynałam czuć ogromny ból w brzuchu. Wszystko fajnie, tylko obok mnie leżała ta mała bezbronna istotka, która mnie potrzebowała. Niestety po porodzie samopoczucie okazało się być jeszcze gorsze. Choć za każdym razem wydawało mi się, że gorzej być nie może i to już kres moich możliwości, to jednak życie wciąż mnie zaskakiwało. Zawroty głowy nie ustąpiły, wręcz przeciwnie, nasiliły się i wciąż towarzyszyło mi uczucie, że mam do głowy przywiązany worek z kamieniami. To zdecydowanie utrudniało jakąkolwiek aktywność. O szybkiej pionizacji po porodzie mogłam zapomnieć. Leżałam jak kołek przez 4 dni. Do oczu cisnęły mi się łzy, inne matki z tego samego dnia spacerowały ze swoimi noworodkami po korytarzu, a ja nie. Ja nie rozbiłam nic. Ja leżałam. Mój mąż był przy mnie non stop, właściwie do domu wracał tylko na noc. Z początku nastawione negatywnie położne zmiękły, kiedy to pani ordynator od noworodków wydała oficjalną dyspozycję ze zgodą na jego stały pobyt przy mnie. Co tu się oszukiwać, nawet z toalety nie korzystałam sama! Tak więc, Wiktor tulił i przewijał malutką, a ja ze łzami leżałam. Dopadł mnie jeszcze wtedy baby blues – dodatkowa chandra gratis! Nastąpiła totalna kumulacja! Patrzyłam w sufit płacząc i myśląc, że już do końca życia nie wstanę. Po tygodniu zebrało się nade mną konsorcjum 15 lekarzy by zdefiniować mój problem. Na niewiele się ono zdało, ale od tamtej pory postanowiłam, że po prostu muszę wstać! Zmobilizowałam całe swoje ciało do tego by podnieść się wreszcie z łóżka i udało się. Małymi kroczkami zaczynałam znów chodzić. Ciągle jednak z uczuciem śmigła w głowie. Codziennie po dwa razy pobierali mi krew, w efekcie wyglądałam równie ciekawie jak nie jeden zawodowy narkoman. Jeśli myślicie, że to już koniec to nic podobnego, bowiem wkrótce po sukcesie z pionizacją, dostałam 40 stopni gorączki. Na zewnątrz koniec maja i 30 stopni, także czułam się jak parówka w mikrofalówce. Dostałam 2 antybiotyki, a w między czasie Alicja walczyła z hiperbilirubinemią. O wyjściu do domu nawet nie wspominałam. I tak, kiedy ja byłam gotowa do wypisu, Alusi rosła bilirubina i czekałyśmy, kiedy jej spadała mi rosła gorączka i tak w kółko. Co za połączona machina!  Trwało to 3 tygodnie. Po tym czasie  wychodząc ze szpitala czułam się jakbym opuszczała jakieś więzienie. Alicja pospieszyła się z przyjściem na świat o cały miesiąc, najważniejsze jednak, że była zdrowa.

Konfrontacja z rzeczywistością

Po powrocie do domu było łatwiej, jak to we własnych kątach. Jednak trudno było mi cieszyć się z macierzyństwa kiedy praktycznie co chwila jeździłam na badania ucha, na konsultacje, wizyty. Oprócz tego kontrolne wizyty żółtaczki w szpitalu (trwało to kilka miesięcy) i standardowe wizyty w przychodni dziecięcej, w poradni ginekologicznej. Zamiast cieszyć się z nowej roli matki, to praktycznie cały czas coś się wokół działo, co odbierało mi radość i energię. Przy tym zawroty głowy wcale nie ustąpiły. Wszelkie nadzieje na odzyskanie słuchu umarły. Zaczęłam godzić się z tym, co mnie spotkało, jednocześnie cały czas diagnozując się. Byłam chyba u lekarzy każdej specjalizacji. Hipotez było kilka, łącznie ze stwardnieniem rozsianym, ale na szczęście żadna się nie potwierdziła. Po prawie 3 miesiącach znalazłam świetną otolaryngolog, panią dr Katarzynę Pierchałę, która czuwa nad moim zdrowiem do dziś. Kobieta, której ufam w 100% i której powierzyłam zdrowie swoich uszu w 100%. Kobieta z olbrzymią wiedzą, ze świetnym podejściem, kobieta która ciągle pozyskuje wiedzę i świetnie umie ją przekazać, nie stoi w miejscu, kobieta która udziela się na międzynarodowych konferencjach i między innymi jedyna kobieta, która robi wlewy sterydowe do uszu. Takie serie wlewów wykonała również u mnie, niestety było za późno. Jak się okazało taki miejscowy zabieg można było zrobić w ciąży, kiedy traciłam słuch, kiedy kluczowe były pierwsze godziny. Wyjaśniłam pani doktor jak niekompetentnych lekarzy spotkałam na swojej drodze. Mi jako pacjentowi trudno było uwierzyć i zrozumieć to co się działo. Zawsze wydawało mi się, że to lekarz powinien wiedzieć co zrobić. Takie wizyty lekarskie trwały jeszcze ponad 1,5 roku. Ustalono, że należy przyjąć wersję, iż podczas tych pierwszych bólów w klatce o których pisałam, poszedł w krwiobieg pęcherzyk, który rozlał się w uchu i doprowadził do niedotlenienia, a tym samym do zawału ucha środkowego. Pocieszano mnie, że to w sumie lepiej niż pęcherzyk miałby pęknąć w oku. No w sumie. Tej wersji się trzymaliśmy dopóki 2 lata temu nie zaczęłam tracić słuchu w drugim uchu… ale to już inna historia i inna diagnoza 🙂

 

Oczy, które wynagradzają wszystko

Pomimo tych wszystkich trudów i przeszkód podczas porodu i połogu, walczyłam z poznawaniem nowych obowiązków jako matka, starałam się odnaleźć w nowej roli, karmiłam piersią i opiekowałam moją księżniczką najlepiej jak umiałam. Priorytety po porodzie zmieniły się o 180 stopni. Moje zdrowie zepchnęłam na dalszy plan, a najważniejsza była ONA. Wystarczyło jedno spojrzenie w jej oczy i wszystkie troski znikały, to w tych oczach znajdowałam ukojenie. Chwil tych nigdy nie zapomnę, tak jak całej powyższej historii, którą jak widać po 6 latach udało mi się odwzorować całkiem szczegółowo. W takich właśnie okolicznościach przyszło mi zmierzyć się z początkami macierzyństwa i tak powoli stawałam się SuperMammą 🙂 . A jak wy rozpoczęłyście swoją mamusiową przygodę ?

Przeczytaj też

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz