WEEKENDOWY ZAWRÓT GŁOWY

Hasło „NIE LUBIĘ PONIEDZIAŁKÓW”, już dawno przestało mnie obowiązywać. Aktualnie wystąpił u mnie weekendowy dramat niewyspanej matki. chyba z całej rodziny tylko ja docenię dzisiejszy dzień. Dlaczego?

Poniedziałek rozpoczyna cykl pięciu w miarę przewidywalnych dla mnie dni. Dni ułożonych, schematycznych, regularnych. Jeśli oczywiście po drodze nie wystąpi jakiś skok rozwojowy, kolka, ząbkowanie czy inne atrakcje, bo wtedy cały program dnia mogę sobie wsadzić głęboko w… kieszeń. W innym przypadku zwykle budzimy się wszyscy o tej samej porze i jemy śniadanie. Ala idzie do przedszkola, Filip do szkoły, a Wiktor do pracy. I zostajemy my. Ja i panna Julia.

Zastanawiacie się pewnie czy wszystko ze mną w porządku, w końcu rodzinne weekendy są najbardziej zacne.

I rzeczywiście są! Zgadzam się w 100% , popieram i bardzo lubię wspólnie spędzane chwile. Jednak tylko w ciągu pięciu dni (zwyczajowo nazwanych roboczymi), ja matka 3 miesięcznej Julii, mniej więcej wiem co mnie czeka. Wiem, że po wyjściu wszystkich domowników Julka zapada w co najmniej godzinną drzemkę, podczas której mogę zajmować się szeroko pojętym „ogarnianiem” naszego mieszkania. Po weekendzie tym bardziej jest co ogarniać! Oczywiście wszystko to w przerwie między karmieniami, a ostatnio Julia ma apetyt trzeba jej przyznać! Następnie napiję się ciepłej kawy – przynajmniej z takim założeniem ją robię, a kiedy Julcia wstanie robię jej przyjemny masaż i smaruję emolientem. Po porannej toalecie zwykle bawimy się w zabawy typu „akuku” i „ojejejejej jaka Ty jesteś słodka”. Potem ponownie będę kontynuować przygodę z mopem, zrobię obiad dla domowników i pójdziemy na spacer. Odbierzemy Alicję z przedszkola, zjemy przygotowany obiad i tak oto doczekamy momentu przyjścia  z pracy SuperTaty. Z SuperTatą zagramy w planszówkę, wspólnie się w coś pobawimy, bądź przy obecnej wiosennej aurze wyjdziemy na spacer. Wieczorem zrobimy kolację, zjemy , sprzątniemy, umyjemy dzieciaki, położymy je spać i wreszcie uffff doczekamy spania! Ha! Dobre sobie!

Cała istota tygodnia roboczego polega na tym, że przeważnie wiem czego mogę się spodziewać. Rozumiem, że dla niektórych wieje nudą, ale dla mnie to zbawienie. Małe dzieci potrzebują codziennych rytuałów, czynności powtarzalnych jak kwiatki wody. Dzięki temu uczą się rozkładu dnia i np. nie jest zaskoczeniem wieczorne… spanie.

Weekendowy roller coaster.

Kiedy natomiast przychodzi sobota, wszystko wywraca się do góry nogami. Co pewnie przy starszych dzieciach nie miałoby dla mnie większego znaczenia, ale przy moim małym niemowlaczku wszystko jest istotne. Każdy wstaje o innej porze, a z reguły w weekendy śpimy dłużej. To przekłada się bezpośrednio na swego rodzaju rozprogramowanie systemu. Kiedy jesteśmy wszyscy w domu to siłą rzeczy jest po prostu głośniej. Co chwila słychać „dialog” między rodzeństwem: „Filip przestań!”, „Ala to ty przestań”. Na dodatek w weekend wychodzimy na dłuższe spacery, mamy zaplanowane wizyty rodzinne, bądź inne atrakcje i spotkania towarzyskie. Kolejne elementy wpływające bezpośrednio na zachowaną wcześniej cykliczność…  po takim pełnym atrakcji dniu przychodzi wieczór i kiedy wszyscy padają z nóg, okazuje się, że najmłodszej do snu wcale się nie spieszy, bo podczas gdy w ciągu dnia każdy z nas celebrował wspólne chwile Julka po prostu spała… no i się wyspała, więc w nocy pozwala sobie na symboliczne … drzemki.

 

Tak więc przychodzi poniedziałek.

Nakładam kolejną warstwę pudru na twarz, ale on nie bardzo pomaga, korektor pod oczy też nie. Wyglądam jak zombie, oby dotrwać do pierwszej kawy. Poniedziałkowy reset i wgrywamy stałe zaprogramowany dzień. Będziemy ładować baterie, bo już niebawem pierwszy ciepły weekend, więc pewnie poszalejmy ze spontanicznością. Wspólne chwile z rodziną są bezcenne, więc korzystamy z każdej możliwej okazji.

Teraz osiągam swoje wewnętrzne zen, moje yin i yang, przywracam swoją równowagę by mieć siłę na najbliższy weekendowy zawrót głowy 🙂

 

Przeczytaj też

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz